No to tydzien bez internetu za nami. Przepraszamy, ze nie dawalysmy znac w sieci, co z nami. Niestety nie wszedzie jest tak rozowo z siecia. Zreszta z kazda, juz mamy za soba dzien bez wody, godzine bez pradu. Z sieciami tutaj nie jest najlepiej.
Zaczne od tego, ze nie pojechalysmy, a raczej nie dojechalysmy do Shatili. A wlasciwie, jeszcze wczesniej...
Tyle sie wydarzylo, ze nie wiem, od czego zaczac.
Po pierwsze Michal Bromba wykrakal mojego Kaca Kazbeka. Jeszcze wieczorem, zanim wyjechalysmy poszlysmy na miasto cos zjesc i wypic. Zaczelo sie dokladnie, jak Michal napisal od wina, a skoczylo na czaczy. No bolala mie glowa w marszrutce. I niedobrze mi bylo i jeszcze rzucalo ta marszrutka i kierowca byl jakis taki raptus. Zeby nie bylo, ze jak sie ma kaca to kazdy kierowca wydaje sie kiepski. Ja swoj zoladek ostatecznie utrzymalam w ryzach, ale dziewczynka, ktora z nami jechala... niestety. A ona raczej wieczor wczesniej nie pila.
Dlugo by tlumaczyc dlaczego nie pojechalysmy do Shatili. Generalie nie zlapalysmy ostatniej marszrutki, stopem, albo taksa jechalybysmy 4 godziny, a tam i tak ie udaloby sie nam dotrzec do Mutso, czyli do miejsca, na ktorym nam zalezalo z porzucoym miastem, czaszkami itp. A ze ja i tak chce w ten rejon wrocic, to zostawuilysmy sobie Shatili i pojechalysmy do Metskhety.
To byl dla nas szok. Nagle wjechalysmy do takiego wymuskanego miasteczka, ze trudno bylo uwierzyc, ze nadal jestemy w Gruzji, a to zaledwie kilkanascie kilometrow od Tbilisi.
A zawiozl nas tam kierowca (swoja droga smiesznie, jak sie nam napataczal caly czas) Leri. Aga brechala, bo taka smieszna syty\uacja. Dojechalysmy ta marszrutka do Zhinvali, czy jakos tak.Wysiadlysmy przy drodze w takim miejscu, gdzie zatrzymuja sie marszrutki, ale i taksowki stoja. I taki taksowkarz potrafi tam stac kilka godzin, moze i caly dzien czekajac na kilienta. My tam siedzialysmy zastanawiajac sie co zrobic moze z trzy kwadranse. Ale kiedy w koncu zdecydowalysmy sie na taksowke do Mtskhety, to wsiadlysmy do auta, a Leri:
- Jeszcze tylko na chwile podjedziemy do mojego domu, bo musze cos zabrac z garazu.
Jakby nie mogl tego zrobic przez te cale godziy, kiedy czekal na klienta. To zreszta jest tutaj standardem, ze kiedy wsiadasz do taksy, to najpierw jedziesz gdzies tam, po kolege, podrzucic cos, albo przynajmniej na stacje paliw, bo przeciez w baku pusto. No i standardem jest, ze kierowca prosi o polowe kasy z gory, zeby mogl kupic dieselka, czy co tam mu trzeba.
Mtskheta sliczna, katedra w centrum powalajaca (chyba najwazniejsza w Gruzji, takie polaczenie naszego Wawelu z Czestochowa) tlumy Polakow tam sie przewalaja, zwykle wycieczkowych (az nam sie zrobilo zbyt polsko). Tylko niestety bardzo niemilo nas potraktowano w guest housie. Juz zauwazylysmy pewna prawidlowosc, jesli wlasciciel chce kase z gory, to na pewno cos nie gra. No tutaj pokoj byl super, woda ciepla, kuchnia, taras, miejsce w centrum, tylko, ze kiedy zostawilysmy bagaze i powiedzialysmy, ze wrocimy po nie o godz. 14, przebierzemy sie i idziemy na pociag, to uslyszalysmy, ze ok. Niestety,kiedy prze\yszlysmy przed 14, to nasze menele byly wyciagniete na zewnatrz, bo jak stwierdil gbur wlasciciel - zaraz moga kolejni turysci przyjsc. W roznych miejscach spalam, wiecie, byly i takie za dolara czy 1,5 dolara, ale nigdy mnie tak nie potraktowano. A zatem wszem i wobec odradzam, obrzydzam wiec kwatere w Mtskhecie ul. Gamsakhurdias 14. I mam zamiar zasypac ta informacja wszelkie mozliwe fora.
Z Mtskhety pojechalysmy pociagiem do Gori. Pociag pelen ludzi. Wrecz obawialysmy sie, ze nie uda nam sie w ogole do niego wbic. Ale dalo rade. Tam poznalysmy kolejnego policjanta...
A! Bo zapomnialam powiedziec, ze Leri okaal sie policjantem z Tbilisi. Zreszta pomogl nam zalatwic gruzinski numer telefonu. Bo tutaj najbardziej oplaca sie miec gruzinska karte SIM, ktora jest za darmo, dokupywac minuty i to jest chyba i tak pieciokrotnie tansze przy telefonowaniu do kraju, niz z naszych.
Gori to w ogole inne historia, bo na poczatku miasto wydalo nam sie tak okropne, jak z jakiegos przedwojennego horroru (no moze troche przegielam), ale ja w kazdym razie odczuwalam tutaj dziwny niepokoj, z miasta wionelo jakas bezadzieja i chcialysmy od razu uciekac stamtad.
Zresza pierwsza noc spedzona w norze - nawet nie wiem, jak moglabym jeszcze gorzej okreslic to miejsce - tylko utwierdzila nas w postanowieniu, ze pierwsza rzecz z rana to pakowanie i spadamy. Miejsce bylo oblesne, obrzydliwe. Ja spalam na jakiejs skrzyni drewnianej, na ktorej byl siennik niewiadfomego pochodzenia (a naprawde nie jestem wybredna). Jesli w sienniku bylu zyjatka typu pchly, pluskwy, to bym sie nie zdziwila, ale nawet nie chce o tym myslec. Na stole lezaly mocno niedomyte naczynia, talerze z poprzyklejanymi od spodu resztkami jedzenia i puszka wielkosci takiej po naszej mielonce gatunkowej, tej malej, z nie wiemy do konca czym, moze resztakami jakiegos miesa zmieszanymi z petemi... Nie pisze wiecej, bo mam odruch wymiotny. O kiblu tez nie napisze, ale wybieglam z niego z odruchem jak wyzej. Smrod czulysmy jeszce cala dobre. Ciuchy, ktore mialysmy tam na sobie juz wyprane. Chyba bym ich nie mogla wlozyc drugi raz bez prania.
Generalnie wrazenie z pierwszego dnia mozna byloby podsumowac: "Aaaa, to w Gori urodzil sie Stalin. No tak!"
Jak wspomnialam, spakowalysmy sie i rura do centrum.
Gori w wersji ladniejszej:
Pani w informacji turystycznej jednak dala nam adres miejsca, ktore twierdzila jest czyste, ma wode, itp. (Mialo miec tez interet, ale jak sie domyslacie - nie mialo). Trafilysmy do Svietlany, czyt. do raju.
Piekne lozko, komody imitujace takie stare, ciepla woda w lazience pachnacej, reczniki nawet dostalysmy. Ogrodek zacienioy winoroslami, kanapa hustawka na zewnatrz. Blisko centrum, Nie bylo tanio, bo 30 zelkow od lepka, ale nie zalowalysmy ani jednego. Svietlana to lekarka, anestezjolog, zwolniona z pracy w szpitalu (byla jakisms szefem oddzialu, czy ordynatorem). Teraz zabrala sie a hotelarstwo.
W skrocie - z kazda godzina Gori stawalo sie dla nas coraz bardziej przyjazne. Postanowilysmy zostac naie tylko ten dzien - a pojechalysmy do Uplistsikhe (miasto skalne budowane od 10 do 4 bodajze wieku przed nasza era) - ale zostalysmy jeszcze jeden dzien i pojechalysmy do Ateni Sioni, przepiekna swiatynia w gorach, potem poszlysmy przed siebie cudowna gorska dolina.
Upistsikhe:
Duzo by opowiadac, rano (przed wyjazdem do Ateni Sioni) Svietlana umowila nas z Soso, gosciem, ktory pracuje w biurze rejestracji ludnosci w Gori. Jej kumpel. Co wiecej, to biuro bylo jakies 100 moze 150 metrow od jej domu. Soso wrzucil nazwisko potencjalego dziadka Edgara w ich baze i okazalo sie, ze nie tylko nie ma nikogo takiego w Gori, ale w calej Gruzji. Nie ma nikogo o takim nazwisku. Nawet gdyby dziadek juz nie zyl i gdyby nie mial potomkow, ktorym by dal nazwisko, to musieliby zyc jego bracia, czy ich dzieci lub wnuki.
Ateni Sioni:
Trzeba poszperac i wiecej informacji poszukac.
Z Gori pojechalysmy prosto Akhaltsikhe i dalej do Khertvisi w gory, gdzie zatrzymalysmy sie u lokalnego poety, teraz chyba juz 100-letniego, Aleksa Bekauriego. Ale co on pisal, to jeszcze musimy sprawdzic. Pewno sie da, bo syn Bekauriego, to Mamuka, a Mamuka to kumpel Soso.
Teraz jestesmy w Akhaltsikhe znowu. Po zwiedzeniu Vardzi (kolejne skalne miasto, tym razem takie tylko dla mnichow. W ponad 400 komnatach wykutych w skale, szacuje sie, ze mieszkalo jakies 40 tys. mnichow w najlepszym okresie).
Vardzia (fragment): (a nazwa bierze sie stad, ze Tamara byla tam z ojcem na polowaiu, odeszla od wszystkich na chwile i zaczeli ja wzywac, a ona z jednej z jaskin zawolala: "Tu jestem", czy jakos ak, i to po gruzinsku brzmi wlasnie cos tam var dzia :))
Wrzuce kilka zdjec. Idziemy cos zjesc porzadnego, bo ostatnio bylysmy na domowym wikcie, pomidorki, ogoreczki, jajeczniczka i takie tam. A Aga w ogole odpuscila kilka posilkow, bo - nie wchodzac w szczegoly - nie czula sie przez dwa dni najlepiej.
Piszcie komentarz,
Mshvidobit.
Aleks Bekauri is on facebook :) Bo sprawdzałam, ale przypuszczam, że to nie ten :)
OdpowiedzUsuńJa pierniczę, dzielne jesteście dziewczyny!!! :) I jedzcie!!!
Hej! Żywi i zdrowi!!! =))) Bardzo dobrze, bo rodzinka już zamartwiała się.. Aśka zrobiła z urodzinek Franka fotkę jak zdmuchuje sieczki..tak z 80.. ;))
OdpowiedzUsuńRacie - bojkot kwaterze w Mtskhecie! Palant taki!!
"jj fgguh giu t iot imgl kg gk gf op, r,e.e." - to Kaja napisała, bo siedzi u mnie na rączkach..
Ten, to nie wiemy jak przebiega wasza trasa - monituje jeszcze raz, potrzebna jest mapa z zaznaczoną trasą..
Na kiedy powrót? Minęło już 2tyg. i 2 dni..to 16.IX?