piątek, 16 września 2011

Nadajemy z muzeum

Maja tu darmowy internet, troche niewygodnie sie pisze no i zdjec nie zalacze, ale napisze, ze jutro rano wylatujemy do domu. Moja komorka padla, ta sluzbowa, wiec i nasz numer gruzinski jest nieaktualny. Juz bardzo niedlugo Was zobaczymy, cieeeesze sie!

środa, 14 września 2011

Melanz nad Morzem Czarnym

Zaczne od odpowiedzi. Maciej, to nie 30 zeta, tylko 30 zelkow (GEL), gruzinskich Lari, czyli prawie dwa razy tyle w naszych zlotych. Niestety noclegi tutaj sa drogie. Sa niewspolmiernie drogie, do warunkow i innych cen. W tej samej cenie co tutaj mozna dostac nocleg w Lizbonie. Poszaleli z tymi cenami. jedzenie jest ciut tansze.
Znaczy mozna jeszcze w ogole tanie, gdyby samemu gotowac, albo chociaz jesc na ulicy. Za khachapuri wielkosci sredniej pizzy placi sie 3 GEL czyli 6 zlotych.
To jest khachapuri Adzarskie za 5 GEL, ale udalo mi sie zjesc tylko polowe:

A mozna sie tym najesc na caly dzien. Surowka do tego (wielka fura pomidorwo i ogorkow) drugie 3 GEL. Gdyby jesc juz bardziej wyrafinowanie, to glowne danie np. takie miesko w sosiku z pomidorami, to juz 6-7 GEL czyli 12-14 zl. Kawa w kafejce od 0,5 do 1 GEL (1-2 zl), podobnie herbata.
Za to transport jest niewspolmiernie tani. Przejazd autobusem miejskim, a wlasciwie nawet podmiejskim, bo jezdzimy 101 do Kvertisi, gdzie zatrzymala sie Agata z Krzysiem (u nich jest fajniejsza plaza, niestety tez z kamieni), to placimy 0,4 GEL cyli 80 groszy, a jedziemy jakies 18 kilometrow. Za marszutki placi sie 0,4 do 0,8 GEL na blizsze odleglosci. Za bilet na pociag z Batumi do Tbilisi, a juz go kupilysmy, bo trzeba wczesniej rezerwowac, zeby miec miejsce, 400 kilometrow, kuszetka, zaplacilam 23 GEL, czyli 45 zl.
Godzina w kafejce internetowej to 1 GEL (2 zl). A komputer rakieta tutaj jest.
To taki mini cenniczek. Generalnie Gruzja nie nalezy do najtanszych krajow. Mozna tutaj duzo taniej zyc, ale gdziekolwiek a Ameryce Srodkowej, czy Poludniowej, nie wspominajac o Indiach i Azji Poludniowo-Wschodniej, gdzie bylam, bylo taniej niz tutaj. No i ceny tutaj nie sa zupelnie wspolmierne do jakosci.
Ed, jesli chodzi o ryby, to kiepsko tutaj z nimi w menu. Moze w tych exclusivnych restauracjach podaja wiekszy wybor, ale ani nie planujemy z powodow cenjowych tam isc, ani z powodu oblegajacych te miejsca oblesnych... nie bede konczyc.
No ja juz sie nauczylam czytac po gruzinsku i potrafie pisac po gruzinsku, tymi ich robaczkami, niestety to nie wystarczy. trzeba jeszcze znac slownictwo, ale kupilam slownik i pracuje i nad tym. Kazde slowo, jakie im sie powie po gruzinsku budzi ich zadowolenie, wiec warto.
Aga sie smieje, jak czytam :) Byl w telewizji gruzinskiej wywiad z J. kaczynskim. I byly pod spodem jakies napisy, wiec zaczelam je czytac po gruzinsku, ale tak literowalam po woli, ze Aga wyskoczyla, ze czytam jak ktos powaznie opozniony w rozwoju. teraz czytam juz na tyle szybko, zeby przeczytac, do jakiego miasta jedzie marszrutka przejezdzajhaca obok nas. Znaczy na tyle szybko, zeby jeszcze machnac reka i ja zatrzymac.
Dzisiaj jedziemy znowu na plaze do Agaty i Krzysia. Woda tam czystsza w morzu i jakos tak bardziej kameralnie na plazy.
Uparlam sie, ze zbuduje zamek (to na razie makieta, dzisiaj popracuje nad wieksza warownia. Krzys wczoraj zrobil swietny akwedukt z kamieni ;)

A to zdjecie specjalnie dla Wiktora. Sztucce bardzo sie przydaly, Wicu :)

niedziela, 11 września 2011

Batumi, Gruzinow oszukali, zabrali im piasek z plazy

Tak, dojechalysmy do Batumi. Tutaj nasz ostatni dluzszy przystanek. Zostaniemy tu do 15 wrzesnia najprawdopodobniej.
Inaczej tutaj jest niz w gorach. Tak kurortowo. Nie wiem, do konca, jak to napisac. Ale jeszcze dwa slowa o poecie. W Akhaltsikhe sprawa sie troche wyjasnila. Narodowy poeta do bratanek Alexiego - Mosi, o ile dobrze pamietam. To w ogole ciekawa historyjka i nie do konca jeszcze rozwiklana.
Trafilysmy na koniec w Akhaltsikhe do takiego uroczego baru, gdzie pracuja trzy babki: Bela, Maia i Maia.
Oto one:

Skojarzyly nam sie z takim bodajze libanskim filmem "Carmel". Kobitki, juz pozno bylo, spiewaly wraz radiem, jedna czytala gazete wszystkim trzem, przy czym Bela spala z glowa na stole. Pracuja od 10 do 10, potem jeszcze obowiazki w domu, a jednak byly niesamowicie zadowolone, energiczne, usmiechniete. Bela wlasnie przyniosla nam nastepnego dnia na sniadanie tom poezji Mosi Bekauriego.
Marszrutka do Batumi zamiast cztery godziny jechala - szesc. I kiedy dojechalysmy to padalo. A ze bylo jednoczesnie cieplo, to pogulalysmy troche po miescie.
Jedna twarz Batumi:
I druga:

Zatrzymalysmy sie w dosc drogim hoteliku po 30 zelkow od osoby, ale juz na jutro mamy zabukowany pokoj po 25 od osoby.
Dzisiaj pierwsze wyjscie na plaze, albo cos co mi sie wydawalo bedzie plaza. Sluchajcie, to jakis zart jest. Tutaj nie ma piasku, a kto widzial plaze, na ktorej nie mozna ulepic zamku. Tutaj mozna, jasne, ale przy pomocy kropelki chyba.
Do survivalu na plazy potrzeba odpowiednio grubo podbitego sprzetu:

Zupelnie inaczej sobie wyobrazalam tutaj plaze.
A tu wersja z morzem w tle:

Dzisiaj prawdopodobnie przyjada Agata i Krzys i juz jestesmy umowieni na wieczor, tylko nie wiem, czy da rade, na ten. My z Aga juz na pewno idziemy na czacze. Wczoraj zagryzana cytrynka posypana pieprzem bardzo dobrze zrobila mi na zoladek. A ledwo sie trzymal po 6 godzinach w wytrzasajacej flaki marszrutce.

Teraz kilka spraw:
Kiti i Mis: z moich dposwiadczen tutaj w Gruzji to na razie odradzalabym wyprawe off-roadowa, wystarczajaco podniecajaca bedzie tutaj wyrawa roadowa. Roady tutaj sa jak off-roady w Polsce, a wiecie, ze nasz kraj trudno przebic.

Kiedy wracamy?
To wazne! Przylatujemy w sobote 17 wrzesnia. Planowo przylot jest o godz. 15.05, ale... lecimy Aero Svitem przez Kijow, a te linie podobno miewaja opoznienia. Nasz numer lotu to: W 4752, Aerosvit Airlines.
Dlaczego podaje, bo moze... akurat... ktos bedzie tego dnia po poludniu wracal z Warszawy do Bydgoszczy autem na przyklad i chcialby nas zgarnac. W zamian bedziemy kontrybulowac w kosztach paliwa i mozemy zapewnic kilka historyjek po drodze (jesli bedziemy mialy jeszcze sile).

Jovi, gdybys chciala sie wymienic (na powrot) ksiazkami z Aga, to tez zapraszamy na lotnisko ;)

Aga o konfietach (specjalnie dla Edgara):
Pierwsze wrazenie, ze bardzo duzo cukierkow i ciastek zawiera orzechy. W Kazbegi bylo kilka pudelek z roznymi typami cukierkow czekoladowych, ale kiedy zaczelam sie im blizej przygladac, kazdy rodzaj zawieral albo orzechy albo migdaly. Czekolady polskie sa mowiac szczerze smaczniejsze od gruzinskich. Nie ma tu duzego ich wyboru. Jesli chodzi o ciasta, to sa ogromne, wielkie, jakby miala sie nimi najesc cala rodzina. Oblozone kremem i sa to zwykle ciasta biszkoptowe przekladane masami kakaowymi, smiatankowymi, itp.
Serniczka tutaj nie widzialam, (makowca tez nie - dodala Agata i jeszcze wspomniala ze tutaj drozdzowki sa jak inside out. Czyli maja kruuszonke w srodku).

piątek, 9 września 2011

Akhaltsikhe i juz wiemy, ze nie wszystko jest takie slodkie

No to tydzien bez internetu za nami. Przepraszamy, ze nie dawalysmy znac w sieci, co z nami. Niestety nie wszedzie jest tak rozowo z siecia. Zreszta z kazda, juz mamy za soba dzien bez wody, godzine bez pradu. Z sieciami tutaj nie jest najlepiej.
Zaczne od tego, ze nie pojechalysmy, a raczej nie dojechalysmy do Shatili. A wlasciwie, jeszcze wczesniej...
Tyle sie wydarzylo, ze nie wiem, od czego zaczac.
Po pierwsze Michal Bromba wykrakal mojego Kaca Kazbeka. Jeszcze wieczorem, zanim wyjechalysmy poszlysmy na miasto cos zjesc i wypic. Zaczelo sie dokladnie, jak Michal napisal od wina, a skoczylo na czaczy. No bolala mie glowa w marszrutce. I niedobrze mi bylo i jeszcze rzucalo ta marszrutka i kierowca byl jakis taki raptus. Zeby nie bylo, ze jak sie ma kaca to kazdy kierowca wydaje sie kiepski. Ja swoj zoladek ostatecznie utrzymalam w ryzach, ale dziewczynka, ktora z nami jechala... niestety. A ona raczej wieczor wczesniej nie pila.
Dlugo by tlumaczyc dlaczego nie pojechalysmy do Shatili. Generalie nie zlapalysmy ostatniej marszrutki, stopem, albo taksa jechalybysmy 4 godziny, a tam i tak ie udaloby sie nam dotrzec do Mutso, czyli do miejsca, na ktorym nam zalezalo z porzucoym miastem, czaszkami itp. A ze ja i tak chce w ten rejon wrocic, to zostawuilysmy sobie Shatili i pojechalysmy do Metskhety.
To byl dla nas szok. Nagle wjechalysmy do takiego wymuskanego miasteczka, ze trudno bylo uwierzyc, ze nadal jestemy w Gruzji, a to zaledwie kilkanascie kilometrow od Tbilisi.

A zawiozl nas tam kierowca (swoja droga smiesznie, jak sie nam napataczal caly czas) Leri. Aga brechala, bo taka smieszna syty\uacja. Dojechalysmy ta marszrutka do Zhinvali, czy jakos tak.Wysiadlysmy przy drodze w takim miejscu, gdzie zatrzymuja sie marszrutki, ale i taksowki stoja. I taki taksowkarz potrafi tam stac kilka godzin, moze i caly dzien czekajac na kilienta. My tam siedzialysmy zastanawiajac sie co zrobic moze z trzy kwadranse. Ale kiedy w koncu zdecydowalysmy sie na taksowke do Mtskhety, to wsiadlysmy do auta, a Leri:
- Jeszcze tylko na chwile podjedziemy do mojego domu, bo musze cos zabrac z garazu.
Jakby nie mogl tego zrobic przez te cale godziy, kiedy czekal na klienta. To zreszta jest tutaj standardem, ze kiedy wsiadasz do taksy, to najpierw jedziesz gdzies tam, po kolege, podrzucic cos, albo przynajmniej na stacje paliw, bo przeciez w baku pusto. No i standardem jest, ze kierowca prosi o polowe kasy z gory, zeby mogl kupic dieselka, czy co tam mu trzeba.
Mtskheta sliczna, katedra w centrum powalajaca (chyba najwazniejsza w Gruzji, takie polaczenie naszego Wawelu z Czestochowa) tlumy Polakow tam sie przewalaja, zwykle wycieczkowych (az nam sie zrobilo zbyt polsko). Tylko niestety bardzo niemilo nas potraktowano w guest housie. Juz zauwazylysmy pewna prawidlowosc, jesli wlasciciel chce kase z gory, to na pewno cos nie gra. No tutaj pokoj byl super, woda ciepla, kuchnia, taras, miejsce w centrum, tylko, ze kiedy zostawilysmy bagaze i powiedzialysmy, ze wrocimy po nie o godz. 14, przebierzemy sie i idziemy na pociag, to uslyszalysmy, ze ok. Niestety,kiedy prze\yszlysmy przed 14, to nasze menele byly wyciagniete na zewnatrz, bo jak stwierdil gbur wlasciciel - zaraz moga kolejni turysci przyjsc. W roznych miejscach spalam, wiecie, byly i takie za dolara czy 1,5 dolara, ale nigdy mnie tak nie potraktowano. A zatem wszem i wobec odradzam, obrzydzam wiec kwatere w Mtskhecie ul. Gamsakhurdias 14. I mam zamiar zasypac ta informacja wszelkie mozliwe fora.
Z Mtskhety pojechalysmy pociagiem do Gori. Pociag pelen ludzi. Wrecz obawialysmy sie, ze nie uda nam sie w ogole do niego wbic. Ale dalo rade. Tam poznalysmy kolejnego policjanta...
A! Bo zapomnialam powiedziec, ze Leri okaal sie policjantem z Tbilisi. Zreszta pomogl nam zalatwic gruzinski numer telefonu. Bo tutaj najbardziej oplaca sie miec gruzinska karte SIM, ktora jest za darmo, dokupywac minuty i to jest chyba i tak pieciokrotnie tansze przy telefonowaniu do kraju, niz z naszych.
Gori to w ogole inne historia, bo na poczatku miasto wydalo nam sie tak okropne, jak z jakiegos przedwojennego horroru (no moze troche przegielam), ale ja w kazdym razie odczuwalam tutaj dziwny niepokoj, z miasta wionelo jakas bezadzieja i chcialysmy od razu uciekac stamtad.
Zresza pierwsza noc spedzona w norze - nawet nie wiem, jak moglabym jeszcze gorzej okreslic to miejsce - tylko utwierdzila nas w postanowieniu, ze pierwsza rzecz z rana to pakowanie i spadamy. Miejsce bylo oblesne, obrzydliwe. Ja spalam na jakiejs skrzyni drewnianej, na ktorej byl siennik niewiadfomego pochodzenia (a naprawde nie jestem wybredna). Jesli w sienniku bylu zyjatka typu pchly, pluskwy, to bym sie nie zdziwila, ale nawet nie chce o tym myslec. Na stole lezaly mocno niedomyte naczynia, talerze z poprzyklejanymi od spodu resztkami jedzenia i puszka wielkosci takiej po naszej mielonce gatunkowej, tej malej, z nie wiemy do konca czym, moze resztakami jakiegos miesa zmieszanymi z petemi... Nie pisze wiecej, bo mam odruch wymiotny. O kiblu tez nie napisze, ale wybieglam z niego z odruchem jak wyzej. Smrod czulysmy jeszce cala dobre. Ciuchy, ktore mialysmy tam na sobie juz wyprane. Chyba bym ich nie mogla wlozyc drugi raz bez prania.
Generalnie wrazenie z pierwszego dnia mozna byloby podsumowac: "Aaaa, to w Gori urodzil sie Stalin. No tak!"
Jak wspomnialam, spakowalysmy sie i rura do centrum.
Gori w wersji ladniejszej:

Pani w informacji turystycznej jednak dala nam adres miejsca, ktore twierdzila jest czyste, ma wode, itp. (Mialo miec tez interet, ale jak sie domyslacie - nie mialo). Trafilysmy do Svietlany, czyt. do raju.
Piekne lozko, komody imitujace takie stare, ciepla woda w lazience pachnacej, reczniki nawet dostalysmy. Ogrodek zacienioy winoroslami, kanapa hustawka na zewnatrz. Blisko centrum, Nie bylo tanio, bo 30 zelkow od lepka, ale nie zalowalysmy ani jednego. Svietlana to lekarka, anestezjolog, zwolniona z pracy w szpitalu (byla jakisms szefem oddzialu, czy ordynatorem). Teraz zabrala sie a hotelarstwo.
W skrocie - z kazda godzina Gori stawalo sie dla nas coraz bardziej przyjazne. Postanowilysmy zostac naie tylko ten dzien - a pojechalysmy do Uplistsikhe (miasto skalne budowane od 10 do 4 bodajze wieku przed nasza era) - ale zostalysmy jeszcze jeden dzien i pojechalysmy do Ateni Sioni, przepiekna swiatynia w gorach, potem poszlysmy przed siebie cudowna gorska dolina.
Upistsikhe:

Duzo by opowiadac, rano (przed wyjazdem do Ateni Sioni) Svietlana umowila nas z Soso, gosciem, ktory pracuje w biurze rejestracji ludnosci w Gori. Jej kumpel. Co wiecej, to biuro bylo jakies 100 moze 150 metrow od jej domu. Soso wrzucil nazwisko potencjalego dziadka Edgara w ich baze i okazalo sie, ze nie tylko nie ma nikogo takiego w Gori, ale w calej Gruzji. Nie ma nikogo o takim nazwisku. Nawet gdyby dziadek juz nie zyl i gdyby nie mial potomkow, ktorym by dal nazwisko, to musieliby zyc jego bracia, czy ich dzieci lub wnuki.
Ateni Sioni:

Trzeba poszperac i wiecej informacji poszukac.
Z Gori pojechalysmy prosto Akhaltsikhe i dalej do Khertvisi w gory, gdzie zatrzymalysmy sie u lokalnego poety, teraz chyba juz 100-letniego, Aleksa Bekauriego. Ale co on pisal, to jeszcze musimy sprawdzic. Pewno sie da, bo syn Bekauriego, to Mamuka, a Mamuka to kumpel Soso.
Teraz jestesmy w Akhaltsikhe znowu. Po zwiedzeniu Vardzi (kolejne skalne miasto, tym razem takie tylko dla mnichow. W ponad 400 komnatach wykutych w skale, szacuje sie, ze mieszkalo jakies 40 tys. mnichow w najlepszym okresie).
Vardzia (fragment): (a nazwa bierze sie stad, ze Tamara byla tam z ojcem na polowaiu, odeszla od wszystkich na chwile i zaczeli ja wzywac, a ona z jednej z jaskin zawolala: "Tu jestem", czy jakos ak, i to po gruzinsku brzmi wlasnie cos tam var dzia :))

Wrzuce kilka zdjec. Idziemy cos zjesc porzadnego, bo ostatnio bylysmy na domowym wikcie, pomidorki, ogoreczki, jajeczniczka i takie tam. A Aga w ogole odpuscila kilka posilkow, bo - nie wchodzac w szczegoly - nie czula sie przez dwa dni najlepiej.
Piszcie komentarz,
Mshvidobit.

piątek, 2 września 2011

Juta - przepiekna dolina Sno i dalej pod Chaukhi

Dzisiaj byl, przynajmniej jak na razie dzien przepieknych widokow. Pogoda swietna, bo w nocy byla potezna burza. Po prostu trzaskalo, blyskalo lalo i hulal wiatr.
Zamowilismy juz wczoraj taksowke na czworke do Juty (czyt. dzut). Nata zalatwila nam taniej, taka za 60 zelkow czyli po 15 od lepka. Tam do Juty juz nie jezdza marszrutki. Wiekszosc trasy jest w fatalnym stanie, przejada tam tylko glownie jeepy, albo cokolwiek na 4WD i to najlepiej jak najstarsze, zeby woda, a raczej brody przez ktore trzeba przejachac nie munieruchomila auta z powodu zalanej elektryki. Do tego trasa wiedzie wzdluz przepasci, supiacej sie drogi i takie tam... My - jak sie mozna domyslac - pojechalismy najbardziej popularna tu niezniszczalna, niesamowicie trwwarda lada niwa.
Zdjecie z autem za nami i naszym drajwerem.
A propos, przyjechalismy tym bialym, a nie tym zoltym bardziej z tylu.
Krzys czul sie juz fatalnie, wiec puscil nas przodem, powiedzial, ze gdziej przebazuje na sloneczku i poczeka az wrocimy.
A nas czekalo juz glownie 2,5 godziny pieknych widokow:
przebrniecie przez strumien:
i odpoczynek pod Chaukhi:
Ja juz sobien postanowilam, ze tam wroce. Normalnie mozna isc dalej, obok Chaukhi (to ta na zdjeciu drugim od gory, czyli tym powyzej zdjecia z Aga w strumieniu), az do Roszka Pass (3338 m npm.) i dalej zejsc do Korsha. To z Juty zabiera 1 dzien i chyba warto sie tak porwac. Ale Agi na takie cos nie uda mi sie namowic.

Agata i Krzys pojechali dalej. Za dwa dni maja wiertalot do Swanetii. A my chyba jutro sprobujemy zamiast przez Roszka Pass przebic sie na druga strone do Khevsureti a dokladnie do Shatili i potem Mutso. A jak sie nie uda to... to cos wymyslimy ;)

A propos, Sylwia miala racje. Juz sie nauczylam pisac po gruzinsku. To moje pierwsze wypociny. Nie wiem, czy wspominalam, ze Nata jest nauczycielka gruzinskiego i nie mogla sobie odmowic lekcji ;)
To po prawej to juz ladnie moje imie i nazwisko, a po olewej cwiczenia. Jeszcze kilka dni, a bedziemy znaly caly alfabet, a poza tym potrafimy juz liczyc do... dwoch: erti, ori. Na przyklad nasz drajwer nie zna rosyjskiego w ogole. Przydalo sie, bo umowilismy sie z nim na godzine pierwsza. A to juz umialysmy :D
Michal, kaca nie bylo, a przynajmniej dzisiaj ;)
Maciej, rezimu nie ma w kwestii palenia, ale policja tutaj chyba jest dosc surowa. To tez musimy sprawdzic, choc mam nadzieje nie na wlasnej skorze.
Edgar, filmiki nagrywam, zobaczymy, co z tego bedzie, o slodyczach, to Aga bedzie ci musiala opowiedziec, bo ona sie nimi zajada, a zdjec przeciez wszystkich nie moge wrzucic, cos musze na powrot zostawic. Herbate pilysmy na razie glownie azerska i byla przepyszna. Na pewno przywioze ja do Polski.
Qska Mala, teraz bedzie pewno przerwa w uzupelnianiu, bo jedziemy troche w gleboka dzicz :)


czwartek, 1 września 2011

Kazbegi. Piekne i goscinne Zakaukazie

Najpierw odpowiem na zapytania w komentach, za ktore klaniam sie pas. Kazdy koment jest skrupulatnie odnotowywany i bedzie brany pod uwage przy zaproszeniach na prezentacje ;)

Sylwia, jeszcze nie do konca wypoczete, ale juz chyba wyluzowane. Jedzenia naprawde mozna nam pozazdroscic, nie bede sciemniala. Ale my po schodach nie wchodzilysmy. To sa takie schody, wzdluz ktorych kolejka jechala kiedys. Chyba jeszcze kilka lat temu. A teraz sciezka pod gorke prowadzi po prostu tak, ze w pewnym momencie przecina kolejke i wyglada tam niesamowicie. Pozostalosci po kolejce z tymi stylowymi lampami jak z jakiegos moskiewskiego prospektu.
A co do kolejki, to jeszcze jedna ciekawostka. Ona nie jezdzi juz dobrych kilka lat. Na dole stoi caly dzien (kto wie, moze i noc) gosc w mundurku, ktory po prostu kazdego, kto podchodzi do drzwi kiwnieciem glowa informuje "niet". Zastanawiamy sie, po co takiego czlowieka sie w ogole oplaca zamiast zamurowac wejscie.

Pieszcza, postaram sie. Nie bedzie az taki swiezy, ale na pewno pyszny. Wolisz z farszem serowym, serowo-jajkowym (ten moze troche sie zestarzec), miesnym, czy fasolowym? Ale Monia cos sugeruje, ze jak przywioze przepisy, to ona bedzie nam smazyla te pierogi. Bedzie trzeba sie wybrac do Toronto!

Edgar, z mapka... pomysle, jak bede jeszcze miala sile, to wyrysuje moze cos. Tyle ze pamietaj, ze my zmieniamy plany na miejscu. W Gori w kazdym razie planujemy byc w przyszlym tygodniu i to raczej w drugiej polowie. A zatem dawaj dawaj, znajdz to nazwisko! Co do Gruzinow, to slyszelismy, ze potrafia dla wrogow byc agresywni, ale jak tak ich obserwuje, to mam wrazenie, ze na pewno nie bardziej agresywni niz my Polacy. Pomysl z bratem lub szwagrem Gruzinem jest niezly.

Maciej (Mzz?), moga :) i pala. Duzo tutaj pala papierosow.

Dymek pod pomnikiem, gruzinska specjalnosc:



Marek, oczywiscie, ze mialysmy. To domowe jest pyszne. Idziesz do knajpy, prosisz o wino, a pani przynosi butelke np. po Fancie pelna wina ;) Probowalysmy tez czaczy, o ktorej Agata napisze kawalek dalej.

Czuges, krolowa Tamara byla krolem, wiedziales o tym ;)

A teraz do tego, co u nas.

Marszrutke do Kazbegi, miasta jakies kilka kilometrow od Osetii Polnocnej (Rosja), zlapalysmy bez problemu. Znaczy, moze malutki, to schody do metra. Metro w Tibilisi jest bardzo gleboko. Schody ruchome zjezdzaja bardzo stromo i bardzo gleboko w dol i do tego niesamowicie szybko. Kiedy sie ma dwa plecaki - jeden z przodu i jeden na plecach - to naprawde trudno utrzymac na nich rownowage, nie wspominajac o tym, ze wskoczenie na nie wymaga nie lada odwagi, bo po pol sekundzie fru i ostry spad w dol.

Ale wracajac do marszrutki. Cena 20 zelkow (tak nazwalysmy ichnie lari, bo maja symbol GEL). Jedzie sie niecale 3 godziny, wiec nie ma tragedii, a w samej marszrutce bylo sporo miejsca. Po drodze przepiekne widoki, gory, przelecz, jeziora. A kierowca okazal sie miec siostre, ktora wynajmuje pokoje.
A! Bo zapomnialam. W marszrutce jechalismy jeszcze z dwoma Polakami, Agata i Krzysiem z Krakowa. Razem zatem zdecydowalismy sie na pokoje u jego siostry. Po 15 zelkow od lepka. To jakies niecale 10 dolarow.
Zmiana butow na lzejsze i ruszyolismy na miasto:
Te dwie czarne kropeczki na tej zielonej gorze, to byl nasz cel na kolejny dzien - Tsminda Sameba, a to biale za tym, to Kazbek.
A nizej, w miescie takie obrazki:
Jak sie przyjrzycie, to zobaczycie napis: "Pustoj", to na wypadek jakby ktos chcial sie zainteresowac zawartoscia paki tego auta.

Wrocilismy wieczorem do naszych gospodarzy, bo my spimy w domu u ludzi. Maja pokoje, ktore w sezonie wynajmuja. Gospodyni, Nata, jest niesamowita. Co chwile wyskakuje z czyms, zeby nas ugoscic. A to talerz obranego i pokrojonego melona, a to plasterki sera wlasnej roboty, a to wymyslone baklazany z serem i orzechami. Pyta sie wczoraj, czy nie chcemy czaja. A my, ze kawe bysmy wypili. Ona przerazona, bo nie ma i obiecuje, ze kupi zaraz z rana. Przychodzimy dzisiaj po poludniu do domu, a Nata "Kawy?", a my wlasnie wypilismy kawe na miescie i do niej "Czaj". A ona prawie wkurzona: "Czaj? Nie! Nie mam czaja. Kupilam kawe", zrozpaczona. Nie moglam na to patrzec, powiedzialam, ze chetnie wypije jeszcze jedna kawe.

Ale potem przyjechali jeszcze jedni Polacy i oni tez, ze czaj. Nata nie wytrzymala. Wolalismy za nia, zeby zostala w domu, ale juz stracila nerwy, poleciala do sasiadki po herbate.

Jak oni nie moga sprostac naszym wymyslom, to dopiero wtedy sie denerwuja. Sa niesamowici pod tym wzgledem. Polacy sa goscinni, niektorzy nawet wyjatkowo, ale to tutaj to przekracza wyobrazenie.
W moim przewodniku jest napisane, ze sa obsesyjnie goscinni. I to jest chyba najlepsze okreslenie. I jeszcze pisza, ze niewiele jest rzeczy, ktore moga uszczesliwic Gruzina bardziej niz mozliwosc ugoszczenia kogos. To jest tak, ze lepiej czasami nic nie mowic, bo oni tu wokol zaraz beda chcieli to dla ciebie zalatwic, nawet jak cos na rybke rzucisz.

Przyklad od Agaty i Krzysia. Przylecieli do Tbilisi i zlapal ich taksowkarz. Od razu powioedzieli, ze jada pociagiem i ze dziekuja za taksowke. Co zrobil taksiarz? Pogodzil sie z tym i spedzil z hnimi pol godziny wwszystkie mozliwe ciekawostki im zdradzajac, gdzie tanio zjesc, jak dojechac gdzies tam marszrutka, czy jakies tam podobne. I zrobil to bo po prostu jest Gruzinem i ma wewnetrzny imperatyw pomagania, goszczenia w swoim kraju.

A wracajac do Kazbegi. Wczoraj po poludniu poszlismy cos zjesc na miasto, znaczy miasteczko, popilismy czacza (to taki ich tutejszy bimber).
I uwaga! Oto co bylo przyczepione do lodowki w tej knajpce, a ktos sie pytal, co tam sadza o Polakach. To tak na poczatek zeby wam pokazac:
Nie ma to tamto. Nasz prezydent ladowal tu, chociaz bylo niebezpiecznie. To jest to, co Gruzini uznaja za prawdziwa przyjazn i szacunek. A wiecie, dla przyjaciela zrobia wszystko.


Wieczorem usiedlismy w ogrodku u Naty i pijac wino i piwo i siedzielismy i gadalismy.

Rano wczesnie (godz. 7) pobudka i ruszamy do Tsmindy Sameby. Przypadkowo wybralismy swietna trase.Zamiast krotka, ale bardzo stroma prosto do klasztoru i do tego z gorszymi widokami, omylkowo poszlismy sciezka wzdluz strumienia, lagodniej do gory i z przepieknym i widokami po drodze.

a TO JUZ NA GORZE I JESZCZE JEDNO:
Jutro jedziemy do Juty, tam pieknie ponoc. Bierzemy jeepa na 4.
Nakhvamdis (Do widzenia).
I jeszcze gaumardzios (na zdrowie) jesli macie czym wzniesc toast za Gruzje, za nas i za piekne zycie. Ja wznosze toast gruzinskim winem.