Pobudka miala byc o 7 rano, ale... nie wyszlo cos. Ostatecznie skonczylo sie o godz. 10. Aga wstala troche wczesniej. Ale nalezalo nam sie na poczatek urlopu.
Ale czekal nas ciezki dzien. Tutaj, jak sie pewno domyslacie, goraco. Trudno, wchodzimy dzisiaj na gore mt Mtsemida, czy jakos tak. Tam gdzie wieza telewizyjna i ten kiczowaty w nocy rollercoaster. Po drodze byla swiatynka. Jakas cerkiew chyba. Kosciolek malenki, cichutki. Oczywiscie nie mozna wchodzic z odkryta glowa.
Tak wyglada Aga w wersji cerkiewnej, a tak ja:
Siebie nie moglam zaladowac, taka juz jestem ciezka od tego jedzenia tutaj.
No wlasnie skracajac - weszlysmy, odpoczelysmy , zrobilysmy kilka fotek - oto Tbilisi z gory:
...i zeszlysmy na dol do miasta zjesc cos.
Trafilysmy znowu na stare miasto, ktore jest rzeczywiscie urokliwe. Wczoraj troche myslalam, ze jakies takie male, ale dzisiaj sie okazalo, ze to ma tyle dziwnych, krzywych, stromych uliczek, ze na to potrzeba kilka dni. I jakos polubilam bardzo te czesc miasta.
To taki bardzo stary kosciolek, nie powtorze wam teraz jego nazwy, Makhali, czy jakos tak, po drugiej stronie rzeki.
No i trafilysmy do knajpki prowadzonej przez Arerow i ormian, serwujacej gruzinskie jedzenie, toasty wznosilysmy z Azerem, ktory pracuje dla Fifa czy jakos tak, ktory spiewal: "Polska bialo-czerwoni", drugim Azerem, o zydowskich korzeniach, Gruzinem z Ministerstwa Finansow, azerko-rosjanka i jeszcze jednym Gruzinem, ktory mieszkal kilka lat w Polsce z dziewczyna z Krakowa. generalnie bardzo mily wieczor i duzo za duzo jedzenia. Te pierozki, placuszki, itp, to po polowie juz sie jest pelnym. Jutro poszcze. Jeszenie jest przepyszne, ale ile mozna.
To khaczapuri z fasolowym farszem, ale nie nazywa sie khaczapuri tylko jakos na "L".
A to azerska ekipa:
Chcialysmy wrocic marszrutka, ale... cos uciekla nam chyba ostatnia i znowu na metro. Przy opkazji spotkaysmy Grigorija Lewitskiego. Twierdzil, ze jest Gruzinem, ale... mnie tam na Polaka wygladal ;)
Maciej, rzeczywiscie te pierozki trzeba jesc umiejetnie. One maja rosolek w srodku. Chwyta sie za to miejsce, gdzie ten pierog sie schodzi i nagryza dziurke w tej sakiewce. Wypija sie rosol, a potem je sie reszte. Ale uwaga! Nie cala. To miejsce gdzie sie schodza brzegi pieroga symbolizuje Gruzje i tego sie nie je. Podobno. Aga zjadla i zyje :D
Sylwia, ten gosc po prostu byl goscinny, mily, wiec po prostu zaplacil za nasze bilety na metro. Ale rozumiem, u nas z taka goscinnoscia sie az nie spotykamy ;)
Jeszcze chcialam kilka slow o bezpieczenstwie. Nie chce zapeszac, ale tutaj wydaje sie byc bezpieczniej niz w Polsce. Nikt nas nie chce oszukac, nie widzimy agresji. Policja podobno tutaj dosc surowa.
Ide spac.
Jutro jedziemy juz w gory. Do Kazbegi. Jakies 2,5 godziny marszrutka. Nie wiem, jak tam bedzie z internetem. Ale postaramy sie cos wykombinowac.
wtorek, 30 sierpnia 2011
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Ja juz kocham Gruzje
Uwaga pierwsza - nie ma polskich liter na tych klawiaturach, no przynajmniej na tej tu u Iriny, wiec bedzie bez nich.
Jak bedzie wiecej uwag, to pozniej o nich napisze.
Jeszcze jedno wspomnienie sprzed wyjazdu. Wieczorem dzwonie do Agi, taka tam jedna z ostatnich wymian informacji. Bla, bla, bla, jaki plecack, ile recznikow, kto weznie korkociag, wydrukuj polskie piosenki ludowe, itp. I: "No to pa" - mowie i odkladam sluchawke. Tak to przynajmniej wygladalo z mojej strony telefonu.
Bo okazuje sie, ze Aga na sam koniec po cichu rzucila: "Agata, bardzo denerwuje sie przed tym wyjazdem".
I co uslyszala: "No to pa" i trzasniecie sluchawki.
O objawach raise feber, czy jak to sie pisze po niemiecku nie bede pisala.
Po drodze na lotnisko dostalyszmy zadanie na wyjazd do Gruzji.
Okazalo sie, ze Edgara dziadek to Gruzin. Nie wiadomo, czy jest, czy byl, tzn. nie wiadomo, czy zyje, ale mamy temat przewodni wyjazdu.
A jest on o tyle ciekawy, ze Edgara dziadek urodzil sie w... Gori. Kto wie, kto urodzil sie w Gori? Czy towarzysz S. moglby byc dziadkiem Edgara? Ile nieslubnych dzieci splodzil towarzysz S? A moze bawil sie w piaskownicy z dziadkiem Edgara? Czy jesli bedziemy w Gori pytac o dziadka Edgara, to bedzie bezpiecznie?
Robi sie ciekawie. Edgar zawsze wspominal, ze jest "Z Talina", ale moze po prostu zle wymawial i w rzeczywistosci mowil: "Jestem Stalina".
W pociagu opracowalam wstepna trase na polnoc od Tbilisi. Troche w gory, okolice Kazbegi, ale kto wie, moze potem wybierzemy sie na cos w rodzaju takiego naszego wlasnego trekingu do Shatili. Inna wersja jest dojechac do Alavi marszrutka (takie cos jak latynowskie collectivo, alebo nasz van), a stamtad kamazem na stojaco 6 godzin do Omalo. Pieknie tam podobno jest niemilosiernie. Wymyslilam, rzucilam w pociagu pomysl, a teraz boje sie, ze Aga to podchwyci i nie bedzie odwrotu.
Wiecie co, to chyba tak zawsze jest, ze robimy te wszystkie wariackie (no moze nie az tak bardzo) rzeczy, bo ktos wymysla, ktos podchwytuje, a potem trudno sie wycofac ;)
Jowicie dziekujemy za transport na lotnisko.
Sam przelot byl ok. W Rydze bez problemu zdazylysmy z przesiadka (nasze bagaze tez, co ostatnio rzadko im sie udawalo). Bieglysmy przez lotnisko, ktore - jak Edar sugerowal mialo byc wielkosci bydgoskiego, a okazalo sie moze 5 razy wieksze od Warszawskiego (no przesadzilam troche) - do bramki nr 40 i nagle po drodze mijamy druzyne jakich mlodzikow pilkarzy z Gruzji z pucharem. No to wiedzialysmy, ze zdazymy.
Same linie Air Baltica sa zupelnie w porzadku. Pisze, bo to moga byc wazne informacje. Jak dotychczas swietna obsluga naziemna, bagaz nadany ze specjalnymi stikerami, ze krotka przesiadka, odprawa od razu do Tbilisi. Samoloty tez dosc wygone. W Fokkerze do Rygi super wypas z miejscem na nogi, w Boeingu do Tbilisi juz troche gorzej, ale linie sa godne polecenia.
Na lotnisku wymiana pierwszych dolarow, pan w informacji pokierowal nas na pociag.
I tu troche sie ubawilysmy.
Przechodzimy przez pasy i Aga wyjasnia, ze musimy uwazac na pasach, poniewaz kierowcy maja je tu w glebokim powazaniu i fakt, ze pieszy stoi na pasach nie znaczy, ze nie mozna go przejechac. Ledwo skonczyla to mowic, to zobaczylysmy, ze na samym koncu przejscia dla pieszych nie tylko kraweznik, ale... slupki polaczone lancuchem, jakby blokujace przejscie tak na wysokosci moze 15-20 cm. nad ziemia. Dalysmy z Aga rade, ale niepelnosprawni na wozkach maja tutaj niezle tory przeszkod.
Dworzec kolejowy pod lotniskiem (bardzo przyjemnym zreszta) jest stosunkowo nowy, bodajze z 2007 roku. Maly, szklany, nowoczesna bryla. Podchodzimy pod drzwi, oczywicie otwierane automatycznie, a one ani drgna. No coz. Pomyslalysmy, ze moze jeszcze za wczesnie na pierwszy pociag. Bylo kilka minut po 6 rano. A przez szyby widzialysmy, ze w srodku nikogo nie bylo. Obeszlysmy dookola szukajac innego wejscia, troche zmieszane, zdziwione, ze tam tak puso. I nagle ptrzymy, a w srodku jakichs trzech lepkow.
- Jak oni sie tam dostali? - podchodza do drzwi z drugiej strony, a one tez ani drgna.
No i wydawalo sie, ze sytuacja jest patowa. Tyle, ze chlopaki wykazali sie wieksza wyobraznia niz dwie blondynki ze zbyt juz chyba wygodnego kraju. Po prostu rozsuneli drzwi recznie. Bo my niestety nie wpadlysmy na to, ze moglyby nie dzialac.Rozbawilo nas to bardzo.
Jakis gosc pokazal nam pociag, powiedzial, ze jedzie do Tbilisi, powiedzial, ze bilet kupimy w srodku. Weszlysmy, rozsiadlysmy sie na wygodnych, miekkich, aczkolwiek tracacych troche staroscia (to pewno dlatego, ze byly welurowe), siedzeniach. Aga przykimala, a ja obserwowalam kamazowe krajobrazy, niepodokanczane betonowe budowle na tle gor, gosci pasacych owce, albo kozki na peronach. I juz mi sie zaczelo podobac. Troche to wygladalo jak obrzeza Bombaju albo Bangkoku. Kto wyjezdzal z tych miast pociagiem, to wie, o czym pisze.
Gosc z pociagu pokierowal nas dalej na metro, na ktore mialysmy sie przesiasc. Okazalo sie, ze jest Gruzinem, ale od 20 juz lat mieszkajacym w Niemczech. Nawet zaplacil za nasze bilety na metro.
I w taki to sposob zamiast zaplacic 20 dolarow za taksowke z lotniska, nie zaplacilysmy ani grosza za dojazd do hotelu. Bo zapomnialam dorzucic, ze konduktor w pociagu sie nie pojawil, a - przy calej naszej uczciwosci - nie wiedzialysmy nawet jak wyjasnic, ze chciemy zaplacic za pociag, z ktorego juz wysiadlysmy.
Dotarysmy do hoteliku Iriny bez problemow, zachwycone Tbilisi o swicie, takim puistym, slonecznym, otoczonym gorami, budzacym sie w poniedzialkowy poranek. Zapachy troche inne. Jeszcze ich nie rozszyfrowalam, ale bede nad tym pracowala.
Pierwsze wrazenie, ze to takie miasto mieszanka postsowieckich betonow z poludniowoeuropejskim miastem (troche Lwow, troche Krakow). Co ja bede duzo pisala, sprobuje zapodac fotke.
Na szczescie moj aparat ma mozliwosc zmniejszania fotek.
I jeszcze jedno tutaj jest mnostwo uroczych figurek, male, duze, pomniki.
To taka pereleczka Tbilisi, centrum starego miasta.
Pospalysmy, ogarnelysmy sie i wyruszylysmy na miasto. Gruzini sa fantastyczni. Bardzo chcetnie pomagaja, ale bez jakiejkolwiek nahalnosci.
Ajest to wrecz konieczne. Okazuje sie, ze wiekszosc nazw, nawet ulic jest pisana w tych ich robaczkach. To jest w ogole nie do rozszyfrowania. Nawet, kiedy probowalysmy literka po literce, to pojawia sie problem czcionki. Jak jakas wymyslna, to nie mamy jej z czym porownac.
A wiele jest jeszcze miejsc, gdzie nie mowi sie po rosyjsku. Nota bene, Karola K. - moj rosyjski byl calkiem uspiony. jestem pod ogromnym wrazeniem jak wiele rozumiem i nawet jak wiele potrafie powiedziec.
Ale wlasnie np. w restauracji, do ktorej poszlysmy na khinkali (na zdjeciu ponizej) nikt nie mowil po rosyjsku. Ani rzecz jasna po polsku a tym bardziej po angielsku. Pomogl mini-slowniczek z przewodnika.
No i byly przepyszne. Z baranim miesem i rosolkiem wsrodku (nie wiem, jak oni go do srodka wlewaja). Trzy takie i do tego micha surowki (oczywiscie wszystko gashere niori - czy jakos tak, czyli bez czosnku) i piwo do popicia i jestem ful chyba do rana. Ledwo sie ruszam.
Dobra, koncze, postaram sie jutro tez cos wysmazyc.
Nakhvamdis czyli dowidzenia.
Tego jezyka chyba nie mozna sie nauczyc. Jest niepodobny do niczego.
Jak bedzie wiecej uwag, to pozniej o nich napisze.
Jeszcze jedno wspomnienie sprzed wyjazdu. Wieczorem dzwonie do Agi, taka tam jedna z ostatnich wymian informacji. Bla, bla, bla, jaki plecack, ile recznikow, kto weznie korkociag, wydrukuj polskie piosenki ludowe, itp. I: "No to pa" - mowie i odkladam sluchawke. Tak to przynajmniej wygladalo z mojej strony telefonu.
Bo okazuje sie, ze Aga na sam koniec po cichu rzucila: "Agata, bardzo denerwuje sie przed tym wyjazdem".
I co uslyszala: "No to pa" i trzasniecie sluchawki.
O objawach raise feber, czy jak to sie pisze po niemiecku nie bede pisala.
Po drodze na lotnisko dostalyszmy zadanie na wyjazd do Gruzji.
Okazalo sie, ze Edgara dziadek to Gruzin. Nie wiadomo, czy jest, czy byl, tzn. nie wiadomo, czy zyje, ale mamy temat przewodni wyjazdu.
A jest on o tyle ciekawy, ze Edgara dziadek urodzil sie w... Gori. Kto wie, kto urodzil sie w Gori? Czy towarzysz S. moglby byc dziadkiem Edgara? Ile nieslubnych dzieci splodzil towarzysz S? A moze bawil sie w piaskownicy z dziadkiem Edgara? Czy jesli bedziemy w Gori pytac o dziadka Edgara, to bedzie bezpiecznie?
Robi sie ciekawie. Edgar zawsze wspominal, ze jest "Z Talina", ale moze po prostu zle wymawial i w rzeczywistosci mowil: "Jestem Stalina".
W pociagu opracowalam wstepna trase na polnoc od Tbilisi. Troche w gory, okolice Kazbegi, ale kto wie, moze potem wybierzemy sie na cos w rodzaju takiego naszego wlasnego trekingu do Shatili. Inna wersja jest dojechac do Alavi marszrutka (takie cos jak latynowskie collectivo, alebo nasz van), a stamtad kamazem na stojaco 6 godzin do Omalo. Pieknie tam podobno jest niemilosiernie. Wymyslilam, rzucilam w pociagu pomysl, a teraz boje sie, ze Aga to podchwyci i nie bedzie odwrotu.
Wiecie co, to chyba tak zawsze jest, ze robimy te wszystkie wariackie (no moze nie az tak bardzo) rzeczy, bo ktos wymysla, ktos podchwytuje, a potem trudno sie wycofac ;)
Jowicie dziekujemy za transport na lotnisko.
Sam przelot byl ok. W Rydze bez problemu zdazylysmy z przesiadka (nasze bagaze tez, co ostatnio rzadko im sie udawalo). Bieglysmy przez lotnisko, ktore - jak Edar sugerowal mialo byc wielkosci bydgoskiego, a okazalo sie moze 5 razy wieksze od Warszawskiego (no przesadzilam troche) - do bramki nr 40 i nagle po drodze mijamy druzyne jakich mlodzikow pilkarzy z Gruzji z pucharem. No to wiedzialysmy, ze zdazymy.
Same linie Air Baltica sa zupelnie w porzadku. Pisze, bo to moga byc wazne informacje. Jak dotychczas swietna obsluga naziemna, bagaz nadany ze specjalnymi stikerami, ze krotka przesiadka, odprawa od razu do Tbilisi. Samoloty tez dosc wygone. W Fokkerze do Rygi super wypas z miejscem na nogi, w Boeingu do Tbilisi juz troche gorzej, ale linie sa godne polecenia.
Na lotnisku wymiana pierwszych dolarow, pan w informacji pokierowal nas na pociag.
I tu troche sie ubawilysmy.
Przechodzimy przez pasy i Aga wyjasnia, ze musimy uwazac na pasach, poniewaz kierowcy maja je tu w glebokim powazaniu i fakt, ze pieszy stoi na pasach nie znaczy, ze nie mozna go przejechac. Ledwo skonczyla to mowic, to zobaczylysmy, ze na samym koncu przejscia dla pieszych nie tylko kraweznik, ale... slupki polaczone lancuchem, jakby blokujace przejscie tak na wysokosci moze 15-20 cm. nad ziemia. Dalysmy z Aga rade, ale niepelnosprawni na wozkach maja tutaj niezle tory przeszkod.
Dworzec kolejowy pod lotniskiem (bardzo przyjemnym zreszta) jest stosunkowo nowy, bodajze z 2007 roku. Maly, szklany, nowoczesna bryla. Podchodzimy pod drzwi, oczywicie otwierane automatycznie, a one ani drgna. No coz. Pomyslalysmy, ze moze jeszcze za wczesnie na pierwszy pociag. Bylo kilka minut po 6 rano. A przez szyby widzialysmy, ze w srodku nikogo nie bylo. Obeszlysmy dookola szukajac innego wejscia, troche zmieszane, zdziwione, ze tam tak puso. I nagle ptrzymy, a w srodku jakichs trzech lepkow.
- Jak oni sie tam dostali? - podchodza do drzwi z drugiej strony, a one tez ani drgna.
No i wydawalo sie, ze sytuacja jest patowa. Tyle, ze chlopaki wykazali sie wieksza wyobraznia niz dwie blondynki ze zbyt juz chyba wygodnego kraju. Po prostu rozsuneli drzwi recznie. Bo my niestety nie wpadlysmy na to, ze moglyby nie dzialac.Rozbawilo nas to bardzo.
Jakis gosc pokazal nam pociag, powiedzial, ze jedzie do Tbilisi, powiedzial, ze bilet kupimy w srodku. Weszlysmy, rozsiadlysmy sie na wygodnych, miekkich, aczkolwiek tracacych troche staroscia (to pewno dlatego, ze byly welurowe), siedzeniach. Aga przykimala, a ja obserwowalam kamazowe krajobrazy, niepodokanczane betonowe budowle na tle gor, gosci pasacych owce, albo kozki na peronach. I juz mi sie zaczelo podobac. Troche to wygladalo jak obrzeza Bombaju albo Bangkoku. Kto wyjezdzal z tych miast pociagiem, to wie, o czym pisze.
Gosc z pociagu pokierowal nas dalej na metro, na ktore mialysmy sie przesiasc. Okazalo sie, ze jest Gruzinem, ale od 20 juz lat mieszkajacym w Niemczech. Nawet zaplacil za nasze bilety na metro.
I w taki to sposob zamiast zaplacic 20 dolarow za taksowke z lotniska, nie zaplacilysmy ani grosza za dojazd do hotelu. Bo zapomnialam dorzucic, ze konduktor w pociagu sie nie pojawil, a - przy calej naszej uczciwosci - nie wiedzialysmy nawet jak wyjasnic, ze chciemy zaplacic za pociag, z ktorego juz wysiadlysmy.
Dotarysmy do hoteliku Iriny bez problemow, zachwycone Tbilisi o swicie, takim puistym, slonecznym, otoczonym gorami, budzacym sie w poniedzialkowy poranek. Zapachy troche inne. Jeszcze ich nie rozszyfrowalam, ale bede nad tym pracowala.
Pierwsze wrazenie, ze to takie miasto mieszanka postsowieckich betonow z poludniowoeuropejskim miastem (troche Lwow, troche Krakow). Co ja bede duzo pisala, sprobuje zapodac fotke.
Na szczescie moj aparat ma mozliwosc zmniejszania fotek.
I jeszcze jedno tutaj jest mnostwo uroczych figurek, male, duze, pomniki.
To taka pereleczka Tbilisi, centrum starego miasta.
Pospalysmy, ogarnelysmy sie i wyruszylysmy na miasto. Gruzini sa fantastyczni. Bardzo chcetnie pomagaja, ale bez jakiejkolwiek nahalnosci.
Ajest to wrecz konieczne. Okazuje sie, ze wiekszosc nazw, nawet ulic jest pisana w tych ich robaczkach. To jest w ogole nie do rozszyfrowania. Nawet, kiedy probowalysmy literka po literce, to pojawia sie problem czcionki. Jak jakas wymyslna, to nie mamy jej z czym porownac.
A wiele jest jeszcze miejsc, gdzie nie mowi sie po rosyjsku. Nota bene, Karola K. - moj rosyjski byl calkiem uspiony. jestem pod ogromnym wrazeniem jak wiele rozumiem i nawet jak wiele potrafie powiedziec.
Ale wlasnie np. w restauracji, do ktorej poszlysmy na khinkali (na zdjeciu ponizej) nikt nie mowil po rosyjsku. Ani rzecz jasna po polsku a tym bardziej po angielsku. Pomogl mini-slowniczek z przewodnika.
No i byly przepyszne. Z baranim miesem i rosolkiem wsrodku (nie wiem, jak oni go do srodka wlewaja). Trzy takie i do tego micha surowki (oczywiscie wszystko gashere niori - czy jakos tak, czyli bez czosnku) i piwo do popicia i jestem ful chyba do rana. Ledwo sie ruszam.
Dobra, koncze, postaram sie jutro tez cos wysmazyc.
Nakhvamdis czyli dowidzenia.
Tego jezyka chyba nie mozna sie nauczyc. Jest niepodobny do niczego.
piątek, 26 sierpnia 2011
Wylot w niedzielę
Gruzja. To będzie mój blog z tej podróży. Proszę zatem wrzucić sobie od razu ten adres do zakładek, pulpitów i innych takich. Kto wie, może nawet RSS tu będzie działał i na komórkę dostaniecie powiadomienie o każdym nowym wpisie.
Whatever.
:)
Whatever.
:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)